wtorek, 13 czerwca 2017

„Czuję, że nadchodzi konkurencja!”

nosidełko-ergonomiczne-chustaWielki powrót manduki!

Zawsze uważałam i nadal tak twierdzę – dzieci to fenomenalne istoty, potrafią mnie zaskoczyć i sprawić, że zaczynam wierzyć w magię ;).  Tak… w magię… Czasem bowiem mam wrażenie, że tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić ich pewne zachowania.  Co prawda po chwili reflektuję się, że dana reakcja lub wypowiedziane przez nie słowa mają swoje logiczne uzasadnienie. Nie pojawiły się samoistnie, a wręcz przeciwnie – zostały wywołane czymś bardzo konkretnym. Magiczny czar pryska, ale moje zdziwienie i podziw pozostają, a nawet rosną. Otwieram szerzej oczy i z uśmiechem na ustach powtarzam po raz kolejny to samo zdanie: 
No tak, przecież dzieci to fenomenalne istoty!



Piszę te słowa nie bez powodu. Moją refleksję nad dziecięcym fenomenem wywołała ostatnio pewna konkretna sytuacja. Przykuła ona moją uwagę, ponieważ jest ściśle związana ze zmianą, która niebawem dotknie całą naszą rodzinę – przyjście na świat kolejnego potomka. Co prawda podobnych sytuacji (magicznych ;) ) jest więcej, ale przy tej szczególnie się zatrzymałam.

Pierwszodzióba nosiłam w chuście od 5 miesiąca jej życia. Postanowiłam, że z Drugodzióbem postaram się rozpocząć naszą wspólną przygodę chustową od dnia jego narodzin. Poprzednią chustę sprzedałam zimą zeszłego roku, ponieważ Pierwszodziób już coraz mniej chętnie w niej lądował. Pozostało nam jedynie nosidełko, ale w nie noworodzia nie włożę. Rozpoczęłam zatem poszukiwania nowej chusty. Wzięłam się za to ostro w tym tygodniu. Odświeżyłam moją wiedzę na temat chust, poradziłam się doradcy noszenia w chustach – co najlepiej kupić, by spełniło moje oczekiwania i wystartowałam z wertowaniem grup chustowych na FB w poszukiwaniu „mojej nowej wymarzonej chusty”.  W związku z czym od kilku dni podczas rodzinnych rozmów często przewijał się temat chust i noszenia w nich Drugodzióba.

Przy okazji odświeżyłam też chustowspomnienia… odpaliłam dysk ze zdjęciami moimi i Pierwszodzióba w chuście… Łezka się w oku zakręciła… Faaaajnie było…
Przypomniałam sobie, że ostatni raz Pierwszodziób był noszony w październiku i to w manduce, przy okazji naszych wielogodzinnych wędrówek po Pieninach. Odkąd bowiem zaczęła samodzielnie chodzić, na co dzień zdecydowanie wolała poruszać się o własnych nogach. Więc i chusta, i manduka poszły w odstawkę…

A dziś…
Dziób nie lubi odkurzacza, gdy go słyszy tuli się do mnie lub do męża (w zależności od tego, kto nie paraduje z hałaśliwym urządzeniem) albo… gdy nie ma do kogo, bierze misia i tulą się do siebie na kanapie lub chodzą za mną.

A dziś…
Rzucam od niechcenia – To może do manduki?
Dziób – Mhm….
Ja – wielkie oczy!!! I w głowie myśl… ale gdzie ona jest :P

No i się w nią wmontowałyśmy. A dzięki temu udało się potraktować odkurzaczem cały dom, a nie tylko salon (jak miałam w planach zważywszy na reakcje Dzióbolindy na odkurzacz). A przy okazji…  - ile tulenia!! Czułam jej główkę na plecach przez ten cały czas… ech…. ;)

A gdzie ten fenomen?
Dzióbolina już jakiś czas temu wyraźnie dała nam do zrozumienia, że ani chusta, ani manduka nie wchodzą w grę nawet w sytuacjach kryzysu (np. podczas odkurzania). Aż tu nagle… ni z tego, ni z owego zachciało jej się manduki…
Pierwsza moja myśl – Keeee? Serio? Czemu teraz?
Druga moja myśl – No tak… skoro mama od kilku dni nawija o chuście dla Drugodzióba, to co się dziwić…

[EDIT]
Kilka dni później Dziób wskoczył na plecy męża, gdy ten kosił trawnik.
Powrót manduki w najlepszym wydaniu!!!

PS.

Drugodzióby a Pierwszodzióby… zadziwia mnie, jak myśl o rodzeństwie kiełkuje w głowie małego dziecka… Ale o tym niebawem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz